poniedziałek, 19 października 2015

Wywiad z Krzyśkiem Borkowskim - wokalistą zespołu Offensywa

O kolesiach z jajami, byciu "off" i związku z disco polo w przeszłości... 

Mówi się, że jeszcze 20-30 lat temu punkowcy negowali system i rządzących, a w obecnych czasach jedyny słuszny bunt to ten przeciw zbyt niskiemu kieszonkowemu. Myślisz, że na przestrzeni lat podejście do buntu zmieniało się?
Bunt na pewno się zmieniał, zawsze jest coś przeciwko czemu można się buntować. Ja osobiście nie mogłem się buntować przeciwko zbyt niskiemu kieszonkowemu, bo go w ogóle nie miałem :). Zawsze znajdzie się coś, co nas denerwuje, coś na co można albo konstruktywnie ponarzekać, albo wbić kij w mrowisko, bo są takie problemy, że czasami warto, a wręcz trzeba o nich zaśpiewać. My staramy się śpiewać o takich problemach, ale nie staramy się być tylko i wyłącznie na „nie”, chcemy czasami bardziej pozytywnie spojrzeć, przekazać, że nawet, gdy jest ciężko, można walczyć o swoje marzenia, nie poddawać się. Chcemy pokazać, że można nie tylko się buntować i zwalczać coś, wytykać wszystko, co jest złe, ale też budować, naprawiać.


Nazwa waszego zespołu wyraża atak, napaść, w stosunku do kogo skierowana ma być wasza ofensywa?
To nie jest do końca tak. Etymologia tej nazwy jest bardzo złożona, bo „offensywa” przez dwa „f”, to już się robi neologizm, nie ma słowa pisanego w ten sposób w języku polskim. Sam ten początek „off” znaczy po pierwsze, że to jest jednak muzyka niszowa, bo mimo, że uważam, że nasze piosenki śmiało mogłyby latać po radiach, to jednak żyjemy w undergroundzie, nie ma nas w mediach, radiu, telewizji. Ten „off” jest taki naturalny, jesteśmy „off”, bo jesteśmy. Drugie „off” wywodzi się stąd, że bardzo lubimy zespół, który z resztą wciągnął nas w świat muzyki gitarowej, jak już skończyliśmy słuchać disco polo z rodzicami – to był zespół Offspring, z którego czerpiemy inspirację. Trzecia sprawa jest taka, że moja ówczesna dziewczyna stwierdziła, że zawsze chciała mieć zespół o takiej nazwie, a nam się to spodobało. Mówię o kilku czynnikach, bo to jest elastyczne. Pierwsza nasza płyta była bardzo ofensywna, natomiast na drugiej jesteśmy zdecydowanie mniej „anty”, a pokazujemy bardziej, że trzeba cieszyć się tym co tu i teraz. Zawsze powtarzam sobie, że nawet jeśli forma delikatnie się zmienia, tak jak na drugiej płycie, to zawsze ofensywa gdzieś tam jest. Nawet te teksty, które nie są pisane językiem agresywnym i pejoratywnym, zawsze są ofensywne. 

Pochodzicie ze Szczecina czyli z miasta jednej z, chyba można już tak powiedzieć, legend punk rocka – zespołu The Analogs. Nie mieliście pewnego rodzaju obawy, wyrastając koło takiego autorytetu? Są tego plusy i minusy?
Nie baliśmy się, bo generalnie nie ma się czego bać. To jest już zespół z dorobkiem, który robi swoje, ale my też robimy swoje. Jednym się podoba The Analogs, innym Offensywa, a jeszcze innym na szczęście i to, i to. Nie czujemy presji z tego tytułu, lubimy się z chłopakami, często gramy razem. W tej chwili jesteśmy w cieniu tego zespołu i to nie kwestia tego, że się boimy, nie drażni nas to, bo to jest naturalna kolej rzeczy, Analogs to zespół legendarny, jak wspomniałaś. My musimy jeszcze na swoje zapracować, żebyśmy mogli stanąć w tym samym szeregu co oni, żeby koncertować tak jak oni przez 20 lat. Jesteśmy na zupełnie innym etapie, więc nie należy tego porównywać, ale życzymy sobie takiej kariery jak zespół The Analogs. 

Zagraliście i wciąż gracie dużo koncertów, występowaliście na Dużej Scenie i scenie Pokojowej Wioski Kryszny podczas Woodstocku. Jest jakiś koncert, który szczególnie zapadł Ci w pamięć?
Nie mam, mam nadzieję, że najlepszy koncert jest jeszcze przede mną. My się bardzo dobrze czujemy na scenie, nie czuję takiej presji, że ten koncert jest ważniejszy. Każdy koncert jest dla nas ważny, z każdego czerpiemy satysfakcję. Wiadomo, że jak graliśmy w tym roku w Progresji przed amerykańskim Rise Against, gdzie pod sceną było dwa i pół tysiąca ludzi, to był czad. Koncert na Dużej Scenie na Woodstocku jest o tyle wyjątkowy, że wychodzisz ze świadomością, że każdy chciałby być na twoim miejscu. A to nam przyszło tam zagrać, wygraliśmy to w konkursie. Z sentymentem wspominam ten koncert, ale chciałbym go powtórzyć, dlatego, że to co graliśmy wtedy, było w tamtym czasie najlepsze, teraz moglibyśmy wyjść i zagrać jeszcze lepiej, bo cały czas się rozwijamy. Także jeszcze nie mam tego jednego, wyjątkowego, ale być może kiedyś…

W waszych piosenkach podejmowane są różnorodne tematy, ale kilka z nich porusza motyw miłości i dziewczyny, uważasz, że punk może być romantyczny?
Jak najbardziej punk może być romantyczny. Punkowcy to buntownicy, „kolesie z jajami”, którzy nie bają się mówić tego, co myślą, ale przecież też zakochują się, odczuwają emocje, więc jak najbardziej piszą takie teksty, choć to jest na pewno trudne. U nas to Przemek pisze teksty, one są czasem z lekkim przymrużeniem oka, nie chcę im odbierać autentyzmu, ale podmiot liryczny bawi się formą. W skrócie mógłbym odpowiedzieć, że może być i jest romantyczny, ale ciężko jest napisać tekst o miłości bez obciachu, niebanalny. 


Odchodząc od tematu muzyki, gdybyś wiedział, że słucha Cię cały świat, co byś powiedział?

Musiałbym się bardzo dobrze zastanowić. Ale na pewno powiedziałbym, że dziękuję i, że jest mi bardzo miło, że wszyscy mnie słuchają, bo to znaczy, że to, co robimy ma sens. I jeszcze, nawet nie w kontekście słuchania nas, ale ogólnie, żeby filtrowali, myśleli. Tak jak powiedział pięknie w tym roku zespół The Offspring: „Myśleć trzeba samemu”, żeby czuli, oceniali i dobrze wybierali.

wtorek, 15 września 2015

Dalej "mamy 175 gramów białego" i w dodatku jesteśmy niepełnoletni... MMP 2015

     Pamiętacie artykuł o moim ulubionym sporcie Ultimate Frisbee - o ten? W takim razie wiecie już, że do gry nie są nam potrzebne psy i, że nie jest to zabawa z przyjaciółmi na plaży. Uwaga, kolejna porcja informacji - organizujemy turnieje, z których najważniejsze to halowe i outdoorowe Mistrzostwa Polski w kategorii mixed. Jednak ostatnimi czasy pojawiły się także mistrzostwa w kategoriach open i women oraz Młodzieżowe Mistrzostwa Polski. Druga edycja tych ostatnich odbyła się 12 września w podwarszawskich Zielonkach.
     W zawodach wzięło udział sześć drużyn:
1 )      Frisbnik (Rybnik)
2 )      Nine Hills (Chełmno)
3 )      Brave Beavers (Dopiewo)
4 )      71 Wratislavia (Wrocław)
5 )      Flow Junior AZS AWF (Wrocław)
6 )      Flyons (Płock)
    Po zdecydowanie zbyt krótkiej nocy spędzonej w hoteliku na wsi, o której istnieniu reszta świata nie została jeszcze poinformowana, udaliśmy się na boiska. Mecze inauguracyjny zaczęły się o 9, na pierwszym boisku pomiędzy broniącym tytułu Frisbnikiem, a wrocławską Wratislavią, na drugim zmierzyli się rycerze z Chełmna oraz odważne bobry z Dopiewa. Mecze grupowe odbywały się metodą dyskotekową „każdy z każdym” i zakończyły się najbardziej oczekiwanym momentem na każdym turnieju – obiadem… tzn. przyszedł czas na półfinały: Frisbnik – Nine Hills oraz Flyons – Brave Beavers. Mecz o 5 miejsce to derby Wrocławia – Wratislavia zmierzyła się z Flow Junior. Finał był walką pomiędzy zeszłorocznym młodzieżowym mistrzem Polski - drużyną z Rybnika a Brave Beavers. Bobry udowodniły, że zasługują na wygraną, kończąc mecz wynikiem 13:1. Ale to nic dziwnego, bo mają świetnych rozgrywających, szybkich cutterów, dziewczyny zwinne jak koty, no i Norberta zwanego Jezusem, który robi to, na co wskazuje jego pseudonim czyli nawraca… Co prawda wszystkie lecące do jego zony dyski, ale nawraca.
     Ostateczna klasyfikacja przedstawia się następująco:
1 )      Brave Beavers
2 )      Frisbnik
3 )      Nine Hills
4 )      Flyons
5 )      Flow Junior
6 )      71 Wratislavia
    Widok prawie setki młodych ludzi oddających serce tej samej dyscyplinie, zostawiających na boisku krew, pot i łzy, to widok niesamowity, niepowtarzalny i podnoszący na duchu. Rośnie nowe pokolenie ultimate,  więc uważajcie starzy wyjadacze!

środa, 9 września 2015

"Bez Was chłopaki ten świat jest gówno warty!": MEBP 2015

     Przez 363 dni w roku Maniowy to spokojna wioska położona nad Jeziorem Czorsztyńskim. Jednak w jeden z wakacyjnych weekendów zmienia się w Punk Rock City. Dobra... może z tym „city” to przesada, ale na pewno czuć tam punk rocka.
    Festiwal Maniowy Ekipa Biba Party jest dzieckiem dwóch lokalnych zespołów: APE oraz ADHD Syndrom, tworzonym starą, dobrą metodą, jakże skuteczną przy tworzeniu dzieci, DO IT YOURSELF. O tym jak zrodził się pomysł stworzenia MEBP mówił jeden z organizatorów, perkusista zespołu APE, Darek Hołyst: „Pomysł wpadł spontanicznie. Na początku organizowaliśmy małe imprezki z koncertami lokalnych kapel w niedużym domku nad jeziorem. Było całkiem spore zainteresowanie tymi imprezami, z roku na rok przychodziło czy też przyjeżdżało do nas coraz więcej ludzi, dochodziły zespoły z poza okolicy. Któregoś pięknego dnia stwierdziliśmy że skoro jest duże zainteresowanie tym co robimy, to zrobimy coś większego w plenerze. Na początku to były imprezy jednodniowe, potem stwierdziliśmy, że zrobimy dwudniowe koncerty... I tak powstał MEBP Fest”.
    W tym roku przemiana Maniów przypadła na drugi weekend sierpnia, już po raz szósty na terenie gminy rozbrzmiały rockowe dźwięki. Na scenie zagościły zespoły punkowe takie jak Bachor czy Uliczny Opryszek, nie zabrakło także hardcore punku, a nawet rockabilly.

Ale nie klepmy suchych faktów. Jak festiwal prezentuje się ze sceny? Co wspominają wykonawcy?
Stafar (Tester Gier): Hm... Dosyć trudne pytanie, bo cały festiwal wspominamy dobrze. Ja najlepiej wspominam jezioro z ciepłą wodą, doskonały klimat, dużo znajomych, i scenę ulokowaną w zajebistym miejscu. Nie ma chyba nic lepszego niż granie na świeżym, górskim powietrzu.
Kuro (Reszta Pokolenia): Na ten fest, spróbować swoich sił z Resztą Pokolenia, podszedłem bodajże po raz trzeci. Jak mawia stare przysłowie do trzech razy sztuka :) Mieliśmy świadomość, że gramy jako pierwsi, a w dodatku jesteśmy mało znani w tej okolicy, więc będzie trudno ściągnąć słuchaczy pod scenę. Kiedy robiliśmy pierwsze próby dźwiękowe, ku naszej uciesze pierwsi uczestnicy festu już zaczęli zabawę. Myślimy „super, powinno być dobrze” i rzeczywiście, bo kiedy po ustawieniu schodziliśmy ze sceny by odczekać 15 minut do rozpoczęcia, można było usłyszeć głosy niezadowolenia, dlaczego nie jedziemy dalej. No i w końcu się zaczęło, dzień drugi oficjalnie został otwarty. Grając kolejny, następny kawałek przybywało pod scenę coraz więcej ludzi, a właściwie obok, gdzie było trochę cienia - upał tego dnia był niemiłosierny. Cóż powiedzieć, jak na startera z góry skazanego na pożarcie, możemy być zadowoleni, że nasza muzyka obroniła się sama. Widać było radość i podrygiwanie w rytm melodii otaczających nas osób. Wypad na maniowską bibę możemy zaliczyć na plus. Po wszystkim wyluzowani mogliśmy posłuchać innych dobrych kapel, bo takich tego dnia nie brakowało i podyskutować z innymi o tym i owym.
Zibi (The Harpagans): Obsługa techniczna była dobra, po pysku nie dostałem - to też było spoko :)
Uliczny Opryszek: Fest MEBP wspominamy bardzo miło. Począwszy od temperatury 40 stopni, po wspaniałą atmosferę na feście. NA ZAWSZE PUNK!
Paweł (Kompromitacja): Lubimy tam przyjeżdżać, grać, chłopaki odwalają kawał dobrej roboty. MEBP wpisał się do pankowego kalendarza na stałe.
Diesel (Prokuratura): Pierwszy raz byliśmy na festiwalu w Maniowach. Od razu podpasował nam luźny klimat, w sumie bardziej piknikowy niż festiwalowy. No a wieczorem na scenie był pełny ogień. Klimat udzielił się nam tak samo jak publice. Wszystko pasowało - jezioro, muzyka, znajomi i ciepanie dyskiem :)
Profesor Kolce (ZSRE): Duży plus za organizację, miłą atmosferę, rzec by można rodzinną, a także urokliwą lokalizację festiwalu.


Mówią o górskim powietrzu, ludziach, ładnym otoczeniu... Brzmi jak grzeczny zjazd fanów country. Co tak naprawdę działo się, gdy zeszli ze sceny?
Stafar (Tester Gier): Najlepszą akcją była impreza w naszym busie. Jakoś w nocy, gdy zabawa się już mocno rozkręciła, udaliśmy się do naszego busa rozkładać namioty... Rozkręciliśmy muzykę na full, zleciało się trochę ludzi, były tańce, hulanki, nawet na dachu naszego busa!
Kuro (Reszta Pokolenia): Kiedy trafiliśmy na nocleg koledzy nie mieli ze sobą śpiworów, ani koców i spali pod płachtą ze skaju do obszywania kanap, śmiałem się z nich, że spali jak gwiazdy pod przykryciem ze skóry.
Paweł (Kompromitacja): Dla mnie osobiście to wydarzenie jest związane z Panem Pandą - skinem z Sosnowca, który zawsze ma przy sobie 40 flamastrów i czasami sekator (raz go użył) lub klucz francuski - też go użył :) Pan Panda (którego przy okazji z tego miejsca pozdrawiamy gorąco) goni z tymi flamastrami i maluje ludzi na odcięciu. Rzekłbym narodziła się nowa tradycja. A może i nawet trzeba powiedzieć więcej - narodził Pandoizm czyli nowy wymiar malarskiego impresjonizmu i surrealizmu, gdzie motywem przewodnim owych "dzieł" są męskie przyrodzenia.
Profesor Kolce (ZSRE): Jednym słowem wiadra piwa, plaża, śledzie ze słoika, dziewczyny i śpiew. 

    Przyjaciele, muzyka, kupa śmiechu, woda, góry i ogrom pozytywnej energii – to właśnie Maniowy Ekipa Biba Party. STOP! NUDZIE, STOP! SCHEMATOM.

środa, 5 sierpnia 2015

Wywiad ze Skowytem

Rozmowa z undergroundową, warszawską petardą - punkowym zespołem Skowyt przeprowadzona tuż po niesamowitym koncercie na scenie Pokojowej Wioski Kryszny. Jak chłopaki odbierają woodstockową publiczność i dlaczego nie chcą, żeby słuchał ich cały świat?

Na tegorocznym Woodstocku wystąpiliście w Pokojowej Wiosce Kryszny, to już spełnienie waszych marzeń czy został lekki niedosyt, że to jednak nie jest Duża Scena?
Ługi: To jest ciekawa sprawa. Wszyscy przeżyliśmy to, że nie dostaliśmy się na Dużą Scenę, ale po tym co tutaj zobaczyłem, po tym przyjęciu przez ludzi i po ich śpiewach... To na pewno było spełnienie moich marzeń, a Duża Scena nie ucieknie, najwyżej zagramy tam za dwa lata. Za nic nie oddałbym tego co tutaj przeżyłem.
Janek: Naszym największym marzeniem jest mimo wszystko Duża Scena, więc kiedy się dowiedzieliśmy, że zagramy w Pokojowej Wiosce Kryszny, to początkowo był niedosyt, ale szybko dotarła do nas myśl, że prawdopodobnie zagramy najlepszy koncert w naszym życiu. I tak się stało.
Ługi: Lepszego nie można było sobie wyobrazić.
Janek: Dokładnie, publiczność tutaj zawsze jest ekstra, zawsze pozytywnie nastawiona. Myślę, że wielu marzy o tym, żeby wystąpić na Woodstocku, a to już drugi występ Skowytu na tym festiwalu, czujemy się pięknie.

Jaki jest najważniejszy cel waszej twórczości?
Ługi: Na pewno zależy nam na tym, żeby tworzyć muzykę z przekazem. Problem sceny punkowej czy rockowej w Polsce polega na tym, że kapele mówią, że mają przekaz, że są zaangażowane, a prawda jest taka, że wiele z nich to typowe „darcie gęby”. Są kapele, które objeżdżają wszystkie punkowe festy, ale jeśli wsłuchasz się w teksty to okazuje się, że one są o niczym. Z kolei my jako Skowyt, który dla wielu punkowców jest za lajtowy i uważany za komercyjny zespół, nie boimy się wyjść na scenę i przed kilkoma tysiącami ludzi powiedzieć, że jesteśmy kapelą antyfaszystowską i że wspieramy takie ruchy. Nie wiem ile kapel w Polsce łapie się do takiego zaangażowanego grania, mam wrażenie, że bardzo mało.
Można powiedzieć, że celem Skowytu jest dotarcie z przekazem do ludzi, na pewno teksty są bardzo ważne,  a przede wszystkim ma być punk rock, petarda i zabawa.

W jednej z piosenek śpiewacie, że rewolucja zaczyna się w głowie, kiedy pojawiła się w Waszych głowach?
Ługi:
Dochodziliśmy do tego w różnych okresach. To się wiąże też z muzyką, wcześniej graliśmy trochę inną muzykę, jakieś grungowe nuty i w pewnym momencie poczuliśmy, że chcemy zmienić tempo, przyśpieszyć, pomyśleliśmy, że koniec grania smutów, że trzeba włożyć w to więcej energii. Nie wiem jak chłopaki, ale ja zawsze byłem gościem zbuntowanym, najpierw hipisem, potem punkiem, zdarzały się też oi'owe wstawki, lubię takie klimaty. To jest chyba naturalna konsekwencja tego, że każdy z nas był gdzieś w czasach liceum buntownikiem. Ale też Skowyt sam w sobie to nie tylko to, co wcześniej przemyśleliśmy i teraz możemy zagrać na scenie. Takie koncerty jak ten, który mieliśmy na Wiosce, kiedy widzimy jak ludzie reagują na naszą muzykę, sprawiają, że rewolucja rodzi się na nowo w głowie. Kiedy rewolucja przestanie się wciąż odradzać, to będzie znaczyło, że coś jest nie tak, bo ona powinna rodzić się cały czas, a nie tylko raz kiedyś.
Arek: W ogóle problem rewolucji nie wynika z tego że jej nie ma, ale z tego, że nie zawsze jest dostrzeżona i właściwie zinterpretowana. Od dawna krytykujemy polską scenę. Uważamy, że "dinozaury rocka", to największe zło: od lat śpiewają i grają dokładnie to samo. Ale ludzie z przyzwyczajenia sięgają "po sprawdzone", bo nie rozumieją potrzeby i istoty zmian. Bo tak po prostu bezpieczniej. Wiesz jakie mieliśmy problemy z opublikowaniem "Pokolenia Chuj"? A piosenka wyszła dokładnie w tym samym czasie co naszpikowana przekleństwami "Żyję w kraju" Strachów. Odpowiedzi z różnych rockowych rozgłośni (poza Antyradiem) były identyczne: zbyt ostro i zbyt radykalnie dla naszych słuchaczy. I wszystko kończy się tym, że po wszystkim ludzie utożsamiają rewolucję z narzekaniem na kraj, w którym wszyscy wszystkich robią w chuja. Rozumiesz coś z tego?
Na płycie Corrida usłyszeć też można „Polsko, najbardziej boję się Ciebie”, a potem „Udajmy, że wszystko jest ok, bo się nie znamy”. Skąd takie antypatriotyczne przesłanie?
Ługi: Mam wrażenie, że patriotyzm w wydaniu polskim wygląda tak, że na przykład o żołnierzach mówisz  „wyklęci”, a druga strona mówi „przeklęci”,  jesteś albo po jednej stronie barykady albo po drugiej. A ja nie chcę w tym brać udziału. Boję się zainteresowania Polski w tym sensie, że boję się zaangażowania każdej strony konfliktu, który w Polsce ma miejsce. My na przykład jesteśmy zespołem punkrockowym, ale to nie oznacza, że przyjmujemy bezkrytycznie wszystko co proponuje scena punkowa, bo jak dla mnie, niektórzy punkowcy gadają „trzy po trzy”. Z drugiej strony mamy scenę narodową, która wygląda jeszcze gorzej, jest tragiczna. Kłócą się, a tak naprawdę nie wiedzą o co.
Poza tym to państwo nie ma na celu pomagać, tylko ściągać pieniądze na przykład. W Polsce się tak porobiło, że powiedzenie „patriota” zostało zagarnięte przez środowiska prawicowe, kojarzone jest negatywnie, a tak być nie powinno. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że ważną formą patriotyzmu jest bycie krytycznym wobec swojego kraju. To, że mówimy o tym co jest źle w Polsce nie znaczy, że mamy gdzieś ten kraj, bo nie można olewać miejsca, w którym się żyje. Trzeba też zwracać uwagę na to, co jest złe i robimy to na swój sposób, chociaż raz nam wychodzi lepiej, a raz gorzej.

Porzucając na koniec sprawę muzyki, gdybyście wiedzieli, że słucha Was cały świat, co byście im powiedzieli?
Ługi: Nie wiem co bym powiedział... Światowe zespoły typu U2 wpadają w taki klimat, że zanim cokolwiek powiedzą to zostanie przemielone przez 150 mediów, każdy to inaczej zrozumie, także taki gość jak Bono na razie niby robi coś dobrego, ale tak naprawdę nie do końca wiadomo czy on jako biznesmen w tej chwili, może ludziom mówić jak powinni żyć. Ja bym się nie chciał stawiać w takiej sytuacji, wystarczy, że słuchało mnie tylko...
Janek: Tylko cały Przystanek Woodstock ;)
Ługi:
Dokładnie, ci wszyscy ludzie w namiocie Pokojowej Wioski Kryszny. To co mieliśmy im powiedzieć, to powiedzieliśmy. Bardziej lub mniej udolnie, ale zrobiliśmy tak jak chcieliśmy. A na świat jeszcze przyjdzie czas.

wtorek, 4 sierpnia 2015

PEACE, LOVE, MUSIC. Przystanek Woodstock 2015.


W końcu się udało, pierwszy raz jedziemy na Woodstock!

Myślicie, że przygoda zaczyna się wraz z rozpoczęciem festiwalu? Nic bardziej mylnego. Zaczyna się kiedy postawisz pierwszy krok w woodstockowym pociągu. Nasz nazywał się „Pogromca snu”, miał jechać 10 godzin, a jego nazwa doskonale oddawała to, co się tam działo. Najweselszy pociąg jaki w życiu widziałam. Ludzie upchnięci byli wszędzie: na siedzeniach, podłodze, półkach, a niektóre cwaniaki rozwieszały hamaki i miały nawet miejsca leżące. Przewijały się takie osobistości jak Człowiek-rozkład, który potem okazał się Krystyną Czubówną (z całym szacunkiem dla pani, ale był chyba bardziej rozpoznawalny), czy Cesarz Pociągu w koronie żubrowej. Integracja nastąpiła w ciągu pół godziny przy wspólnych śpiewach „Chryzantem złocistych” czy „Morskich opowieści” - never-ending story... Ale i tak coś co zbliżało najbardziej, to kilometrowe kolejki do toalety. Rada dla świeżaków: jeśli czujesz, że za godzinę ci się zachce, to idź już stań w ogonku. I chociaż było tam naprawdę rodzinnie i wesoło, to po wydłużonej do trzynastu godzin podróży wysypaliśmy się na peron w Kostrzynie z ulgą.
Przyszedł czas na dostanie się na teren festiwalu. Zapakowaliśmy się do autobusu, bardzo wesołego autobusu. I znowu „Chryzantemy złociste w półlitrówce...”. Spaceru z plecakami i namiotami z autobusowej zajezdni do miejsca gdzie się rozbiliśmy nawet nie chcę sobie przypominać, bo już czuję to wyczerpanie. Pierwszy dzień zleciał nam na rozstawianiu i dekoracji obozu oraz zwiedzaniu woostockowego obszaru. Duża Scena robi wrażenie swoim ogromem, dla oddania jej wielkości takie porównanie z ciężaróweczką: 


Jednak przez cały czas towarzyszyła nam myśl o pierwszym koncercie. Scena Pokojowej Wioski Kryszny jak co roku rozpoczynała koncerty dzień przed oficjalnym otwarciem festiwalu. Tym razem występy odbyły się pod znakiem XX-lecia zespołu The Analogs. Imprezę otwierały takie kapele jak: O.D.C, Ruin Cats, Rejestracja, Pogoria i Lazy Class. Kiedy przyszedł czas na jubilatów, tłum pod sceną był już mocno rozszalały i spragniony kolejnych punkrockowych brzmień. To było moje pierwsze pogo na Woodstocku, w dodatku na koncercie jednego z ulubionych zespołów – niesamowite przeżycie. Szczecińscy muzycy jak zawsze nie zawiedli, udowodnili, że nie przypadkowo tak długo utrzymują się na scenie. Na koniec usłyszeli wyśpiewane zdartymi już gardłami „Sto lat”. Miejmy nadzieję, że wzięli sobie to do serca i będą nam grali sto lat i dzień dłużej. Koncert drugiej gwiazdy wieczoru zespołu Farben Lehre został przyjęty z równie wielkim entuzjazmem, podkręcił temperaturę w namiocie o następne 50 stopni. Oczywiście nie zostali wypuszczeni tak łatwo. Najpierw musieli spełnić skandowaną przez publiczność prośbę: „Jeszcze siedem!”. Zakończyli występ klimatyczną „Rozkołysanką”, co idealnie wpasowało się w nastrój Pokojowej Wioski Kryszny. Ludzie mogą mówić co chcą, dla mnie atmosfera Wioski jest kwintesencją całego Woodstocku. Chociaż przyjaźń, pokój i miłość, są na festiwalu wszechobecne, to tam są wręcz namacalne. 




Czwartek. Dzień  rozpoczęcia. O godzinie 15, kilkaset tysięcy ludzi zebrało się pod Dużą Sceną i czekało na słowa Jurka Owsiaka. Zaszczyt otwarcia przypadł zespołowi Illusion, który doskonale poradził sobie z tym zadaniem. Zabawa zaczęła się na dobre. Równie magicznym momentem był koncert Ani Rusowicz i jej projekt Flower Power. Tyle uśmiechniętych osób, kochających siebie nawzajem, czujących hipisowski klimat, a w dodatku tęczowo ubrudzonych kolorami rozsypywanymi przez uczestników.


Poza koncertami pojawiają się przeróżne inicjatywy, bitwy na pomidory, wykłady, zajęcia, poznać można organizacje antyrasistowskie oraz takie, które walczą przeciwko wykorzystywaniu zwierząt jak Nigdy Więcej, Otwarte Klatki czy Greenpeace. To nie jest, jak mówią przeciwnicy organizowanego przez Owsiaka festiwalu, „Ochlaj i wyżerka”. A przynajmniej nie „wyżerka”... Nie ma sensu opisywać godziny po godzinie.  Trzeba tam pojechać, spotkać się z ludźmi w strojach krów, tygrysków i innych zwierząt, osoby spacerujące z tabliczkami „Free hugs”, a przede wszystkim poczuć ten klimat, unoszącą się w powietrzu przyjaźń. Tam nic nie jest dziwne. I nikt nie może być smutny. Nawet jeśli uśmiech zejdzie na chwilę z ust, zaraz jakaś życzliwa dusza, podejdzie, przytuli i od razu na twarz wraca radość. Nie ma tam podziałów na wyznanie czy kolor skóry  , wszystkich łączy jedno słuszne hasło „PEACE, LOVE, MUSIC”.
Na razie w głowie żywe będą wspomnienia, a za rok znowu: „Ooo, jedziemy na Woodstock!”. 











czwartek, 11 czerwca 2015

INNY

       Budzik pokazał 7:00. Jak co dzień otworzył oczy, wstał i zrobił kilka ćwiczeń. Zza ściany dobiegły go dźwięki gitary. „A on od rana hałasuje...” - pomyślał, po czym udał się do pokoju syna, aby zakończyć to katowanie strun.
- Zostaw to już! Zajmij się w końcu czymś pożytecznym i zacznij szykować się do szkoły. 
W odpowiedzi usłyszał tylko śpiew: „Tato ja będę, będę artystą. Tato ty wiesz, gdzie mam to wszystko!”. Zrezygnowany powlókł się do kuchni.
Jak co dzień usiadł ze śniadaniem przed telewizorem i włączył wiadomości. Znowu wojna, kryzys, znowu teorie spiskowe. Rutyna. Spojrzał na syna, który krzątał się po kuchni – irokez, kolczyk w uchu, „Fuck the system” głosił napis na jego koszulce. „W kogo on się wdał?”.
- Wybierasz się w takim stroju do szkoły?
- Tak.
- Normalny człowiek nigdy nie pokazał by się tak na ulicy.
- Jestem inny. 
„Niewątpliwie” - myślał mężczyzna zdegustowany. 
- Co oglądasz? Znowu jakaś wojenka? - zapytał młody sarkastycznie.
- Amerykanie walczą z Koreą.
- Mówisz to tak spokojnie, jakbyś oznajmiał mi, że dziś na obiad będzie rosół - pogarda w jego głosie była niemal namacalna. - Nie zapomnij zrobić kawy w przerwie na reklamy - zacytował tekst piosenki na odchodne, złapał plecak i wybiegł z domu. 
Jak co dzień ubrany w garnitur, idealnie ogolony mężczyzna wsiadł do błyszczącego BMW. Był szychą w wielkiej korporacji, mógł pozwolić sobie na takie luksusy. „Prezentuję się całkiem nieźle” - uśmiechnął się do odbicia w lustrze i zadowolony z siebie ruszył w stronę biura. Tkwiąc w porannym korku, oddał się rozmyślaniom. „Jestem inny. Tak powiedział? Jest wariatem. Powinien jak ja wziąć sprawy w swoje ręce, skończyć szkołę, zająć się biznesem. Może wyszkolę go na mojego zastępce... On jest inny, a ja jestem dumny ze swojego życia. Mam super auto, dobrze płatną pracę i jestem całkowicie niezależny”. Spiker w radio informował, że znaleziono złoża ropy na terenie mało ważnego, afrykańskiego państewka i właśnie rozpoczęto wysiedlanie tamtejszej ludności. „A jeśli on ma rację? Jeśli jestem odgórnie sterowanym robotem?” - naszły go wątpliwości, ale przypomniał sobie o umówionym spotkaniu i jego głowę zajęły myśli o firmie i nowym projekcie. 
Kiedy jak co dzień spędzał popołudniową przerwę w ulubionej kawiarni, zadzwonił telefon - „Kto to? Przecież nikt nie dzwoni o tej porze, wszyscy wiedzą, że mam przerwę” - zirytował się. 
- Tak słucham?
- Dzień dobry, pański syn został zatrzymany. Proszę zgłosić się na komisariat.
- Jak to zatrzymany? Co się stało? Dobrze, zaraz będę.
Rzucił kilka złotych na stół i zdenerwowany udał się do auta. „W co on się znowu wpakował?! To pewnie ci jego koledzy na kogoś napadli, a on był po prostu przypadkiem w pobliżu”. Z trwogą wszedł na komisariat.
- Podobno mój syn został zatrzymany. On na pewno jest niewinny. 
- Przyznał się, proszę pana.
Policjant zaprowadził go do pokoju, w którym przebywał zatrzymany, powiedział, że mają chwilę na rozmowę i wyszedł. 
- Młody, o co tutaj chodzi? Powiedzieli, że się przyznałeś. 
- Tak tato, jestem winny. 
- Winny czego?
- Winny walki z korporacjami takimi jak twoje. Byłem na manifestacji przeciwko zabijaniu zwierząt przez McDonalds'a. Chciałem żeby ludzie przestali być barbarzyńcami, żeby nie trzymali zwierząt uwięzionych w klatkach. Chciałem żeby wreszcie przejrzeli na oczy i zrozumieli, że to co jedzą w tłustych burgerach to nasi czworonożni przyjaciele. Jeśli takie są zarzuty to tak, przyznaję się. 
- Daj spokój, sam nic nie zdziałasz. Tacy ludzie jak ja nie chodzą krzyczeć na ulicę, a życie toczy się dalej.
- Właśnie, ludzie tacy jak ty. Ja jestem inny.
Otworzyły się drzwi, policjant wyprowadził osłupiałego mężczyznę na korytarz. W głowie wciąż dudniły mu słowa: „Ja jestem inny”. 
„Istotnie. Jednak miał rację – on jest inny” - pomyślał wyrzucając swoją aktówkę do rzeki. - „Ale ja już nie będę robotem”.

piątek, 22 maja 2015

"Marionetki, wszystko marionetki."

„Marionetki, wszystko marionetki! Zdaje im się, że robią co chcą, a robią tylko, co każe im sprężyna.”


      Każdy człowiek posiada własne zdanie, wolną wolę, możliwość podejmowania decyzji. Większość utrzymuje się w przekonaniu, że jest władcą swojego losu. Jednak tylko niewielka część wie jak łatwo w wirze pokus i kolorowych obrazów zaprzedać duszę diabłu.
Obecnie, choć w większości nieświadomie, sami poddajemy się manipulacji. Włączony telewizor atakuje reklamami produktów, które jak twierdzi uśmiechnięty prezenter są niezbędne. A skoro mówi do tysięcy odbiorców to nie może kłamać, prawda?
     Manipulacja polega na oddziaływaniu na drugiego człowieka tak, aby ten tańczył jak mu zagrają, myśląc, że cały czas samodzielnie decyduje o własnym życiu. Manipulator wkrada się do umysłu ofiary i niepostrzeżenie formuje nową rzeczywistość. Jest jak haker, który po wprowadzeniu choćby niewielkiej, niezauważalnej zmiany roznosi w pył cały system.
    Jednym z najpowszechniejszych manipulatorów jest tzn. „czwarta władza” czyli media. To właśnie one przekonują nas na jakich wydarzeniach mamy się skupić, o czym i w jaki sposób powinniśmy myśleć. Doskonałym przykładem jest relacja sprzed kilku lat z Marszu Niepodległości. Pojawiła się informacja mówiąca, że uczestnicy marszu wdali się w bójkę na Placu Konstytucyjnym. Gwoli sprostowania: zamieszki były spowodowane przez grupę kilkudziesięciu awanturników, z czego większość to lewicowi działacze z Niemiec, podczas gdy kilkutysięczny marsz odbywał się bez przeszkód w innej części miasta. Bezgranicznie wierząc wszystkiemu co mówi nam człowiek po drugiej stronie ekranu, możemy nieświadomie przemienić układną staruszkę, która wybrała się na marsz, aby cieszyć się z niezależności kraju, w chuligana z racą w ręku.
     Pierwotnym założeniem mediów była tylko i wyłącznie funkcja informacyjna. Stosowali się do zasady przekazywania podstawowych wiadomości - tzw. 5W – kto, co powiedział, kiedy, gdzie i dlaczego (who, said what, when, where and why). Aktualnie celem mass mediów jest zajęcie myśli odbiorcy sensacją. Informacja o sytuacji w kraju jest wyłącznie przerywnikiem w potoku relacji z kolejnych wypadków i skandali. Na piedestał wynoszone są właśnie takie sensacje, a nie rzeczywistość, ponieważ to interesuje przeciętnego widza.
     Z drugiej strony nie należy demonizować środków masowego przekazu. Są cennym źródłem informacji o ile nie korzystamy z niego bezmyślnie, nie dajemy się prowadzić jak stado baranów. Jak mówi stare powiedzenie: „Wszystko jest dla ludzi”, jednak należy pamiętać, aby być człowiekiem, a nie szmacianą marionetką.
     Może warto więc zastanowić się również nad naszymi oczekiwaniami i świadomością. Czy media nie uczyniły z nas hien łasych na oglądanie ludzkiego dramatu?


"Telewizorze, ty wciąż masz coś do powiedzenia.

Niektórzy nazywają cię nawet,
Jednooki guru, czy znasz prawdę?
Jeśli tak, to opisz mi ją,
jeśli nie, to oszczędzaj słowa."