W sumie to jesteśmy. Zgaduje, że właśnie siedzicie z ręką na myszce, obok was leży smartfon, a w tle słuchać dźwięki dochodzące z telewizora. Ja sama siedzę przed komputerem i pisze do was te słowa. Zanim posądzicie mnie o hipokryzję, pozwólcie, że się wyżalę.
Pamiętacie te czasy, kiedy pytaliście kogoś czy wyjdzie na dwór, a on zamiast odpowiedzi, po dwóch minutach stał przed wami z piłką w ręce? Mecze rozgrywało się z użyciem własnego ciała, a nie kilku klawiszy na klawiaturze. I co najważniejsze, chcąc z kimś porozmawiać, trzeba było go odwiedzić, a nie postukać chwilę palcem w ekran telefonu.
Kojarzycie parodię sceny z „Krainy Lodu”?
- Ulepimy dziś bałwana? Albo zrobimy coś innego...
- Spadaj, gram w LOLa.
Niby śmieszne, jednak niestety tak to obecnie wygląda. Nie mówię, że najlepiej porzucić wszystkie urządzenia, ale bez przesady. Wszystko dla ludzi, ale z umiarem. Nic mi tak nie działa na nerwy (no może poza rasistami, zmęczonymi reklamówkami w autobusach, kobietami nakładającymi makijaż szpachlą, disco polo i electro…) , jak znajomy, który siedzi przede mną i zamiast porozmawiać, patrzy w ekran telefonu. Najlepiej jeszcze, jak się do niego uśmiecha, a ja siedzę i myślę, o co chodzi, „Zobaczył swoje odbicie, czy co?”. Od razu włącza mi się nauczycielska przypadłość: „Co cię tak śmieszy? Powiedz, pośmiejemy się razem”, choć wcale nie jest mi do śmiechu i jemu też by nie było, gdyby wiedział o czym myślę.
Może zrobimy sobie taki challenge? Na przykład: limit 10 SMS dziennie. Albo: dzień bez facebooka. Albo: olanie wirtualnego świata i odkrywanie, że ten za oknem też jest całkiem fajny. To ostatnie wyzwanie proponuję przyjąć dożywotnio.
Znikam, bo ktoś dzwoni.







